Kamczatka 3

9. Ludzie

Z dnia na dzień stawało się coraz bardziej jasne, że naszą misją jest obecność wśród ludzi. Jednocześnie odkrywałyśmy, że nasze zadanie nie polega na wychodzeniu do nich, ale wprost przeciwnie: na cierpliwym czekaniu, aż oni będą mieli odwagę do nas podejść. My miałyśmy być dostępne i gotowe; stwarzać tym samym warunki, by spotkanie mogło dojść do skutku. Ludzie tutaj przez kilkadziesiąt, a może i kilkaset lat uczeni byli nieufności, dlatego teraz potrzebowali czasu, by przełamać głęboko zakorzeniony lęk przed obcymi. Mimo to, za każdym razem gdy pojawiałyśmy się na targowisku lub czekałyśmy na przystanku autobusowym, albo gdy byłyśmy na poczcie, zawsze znajdował się ktoś na tyle wolny, by podejść do nas i podzielić się z nami swoją historią. Pewna kobieta na przykład na przystanku autobusowym powiedziała nam, że chciałaby się z nami pomodlić. Dałyśmy jej więc nasz adres. Innego dnia na poczcie jedna z kobiet zapytała nas, czy jesteśmy katoliczkami. Powiedziałyśmy jej, że przyjechałyśmy z Polski i ze Stanów i że tutaj, na Kamczatce, mieszkamy przy katolickim kościele Św. Teresy. Ona również była zdziwiona tym, że chciałybyśmy zostać tu na stałe.

Podczas naszych pierwszych odwiedzin w szpitalu dowiedziałyśmy się o Walentynie, 72-letniej kobiecie, która kilka miesięcy wcześniej dostała udar mózgu i dopiero co wyszła ze szpitala do domu. Dwie pielęgniarki znające jej sytuację w domu poprosiły nas, abyśmy ją odwiedziły. Mąż Walentyny, Włodziemirz, nadużywa alkoholu, więc pielęgniarki martwiły się, że nie otrzyma dostatecznej opieki po powrocie. I tak ją właśnie zastałyśmy – biedną kobietę potrzebującą pomocy. W mieszkaniu panował brud, wszędzie było pełno much i komarów. Smród był dobijający. Na każdym piętrze w budynku znajduje się wspólna toaleta i zlew. Przy łóżku Walentyny stał nocnik, który już od kilku dni nie był opróżniany. Pościel była tak brudna, że musiałyśmy ją wyrzucić wraz z materacem. Wygląda na to, że jej mąż, zagrzebany pod stosem pustych butelek i niedopałków papierosów, nigdy nie trzeźwiał. Mówiąc krótko, była to bardzo smutna sytuacja. Sr. Michaeleen natychmiast umyła Walentynę i zrobiła jej masaż. Poszłyśmy kupić nową pościel, a Ks. Krzysztof – nowy materac. Wysprzątałyśmy kuchnię zarośniętą zgniłym jedzeniem. W domu było mnóstwo much, komarów i karaluchów. Porządnie wysprzątałyśmy dom i zaopiekowały Walentyną. Odwiedzamy ją co drugi dzień i robimy pranie. Taką misję przyjęłyśmy do końca naszego pobytu w Pietropawłowsku. W tym czasie Ksiądz starał się załatwić jej przez pomoc społeczną ponowne przyjęcie do szpitala i odpowiednią pomoc dla Włodzimierza. Po kilku odwiedzinach u Walentyny podszedł do nas stróż budynku i zapytał czy zamierzamy nawrócić ją na naszą wiarę (Walentyna jest prawosławna). Chciał koniecznie usłyszeć od niej, że potrzebuje naszej pomocy i chce, byśmy nadal do niej przychodziły. Ponownie musiałyśmy zapewnić ludzi, że jesteśmy po to, aby służyć.

100_3898 100_3899 100_3900 100_3901

100_3902 100_3903

Ksiądz Krzysztof poinformował nas na przykład o reakcji, jaką wywołały nasze wizyty u Walentyny i Władimira. Jedna z parafianek, Irena, pracująca jako opiekunka społeczna, została zatrzymana przez stróża przed ich mieszkaniem. Stróż powiedział, że miejscowy pop przyszedł do niego specjalnie, by powiedzieć, że kobiety w habitach, które odwiedzają Walentynę, należą do niebezpiecznej sekty i próbują ją zwerbować, by następnie ją okraść. Pop nakazał stróżowi, by uniemożliwił nam odwiedziny. Od Ireny dowiedziałyśmy się również, że potem pop spotkał się z samą Walentyną i jej mężem, by osobiście poinformować ich o tym, kim my naprawdę jesteśmy i jak jesteśmy niebezpieczne. Nie chciałyśmy być przyczyną problemów, więc następnego dnia udałyśmy się do Walentyny z księdzem Krzysztofem. Nie wiedziałyśmy, co nas czeka i jak zostaniemy przyjęte. Kończył się nasz pobyt na Kamczatce i miała to być i tak nasza ostatnia wizyta u niej. Ku naszemu zaskoczeniu, zostałyśmy zaproszone do mieszkania. Walentyna była bardzo smutna, że jest to nasze ostatnie spotkanie. Władimir, który wyjątkowo tego dnia był trzeźwy, w podziękowaniu za wszystko, co dla nich uczyniłyśmy, obdarzył nas arbuzem. Mówili nam, jak trudno im było uwierzyć, że ktoś ofiarowuje pomoc za darmo. Tutaj za wszystko, nawet za charytatywną pomoc, trzeba zapłacić. To dlatego Walentyna, za każdą naszą wizytę próbowała dać nam pieniądze. Nigdy jednak nie wzięłyśmy od niej nic w zamian za naszą posługę. Po naszej wizycie ksiądz Krzysztof zaniósł zaświadczenia o ich trudnej sytuacji materialnej i zdrowotnej do szpitala, by uzyskać dla nich bezpłatną pomoc na czas, kiedy nas już tam nie będzie.

Ponieważ tego samego popołudnia trzeba było zwrócić dokumenty Walentynie, dwie z nas wróciły tam z księdzem jeszcze na chwilę. Przy wejściu do budynku spotkałyśmy stróża. Zatrzymał księdza i próbowała go ostrzec, kim my naprawdę jesteśmy. Mimo protestów Proboszcza twierdził, że tylko udajemy przyjaznych ludzi, ale on wie: w rzeczywistości należymy do sekty. Upierał się, że wielu takich jak my, którzy udawali dobrych, by zdobyć zaufanie swych ofiar, a potem je okraść. Ksiądz próbował tłumaczyć, ale stróż był przekonany o swojej racji i nic nie było w stanie zmienić jego poglądu. Poszłyśmy na górę do mieszkania Walentyny, w którym zastałyśmy kilku jej sąsiadów. Byli zaskoczeni naszą wizytą. Nawet takie, przypadkowe jak może się wydawać, spotkania, przygotowywał Pan Bóg. Poznałyśmy Olę, 15-letnią dziewczynę w czwartym miesiącu ciąży. O jej stanie dowiedziałyśmy się od matki, która podzieliła się z nami tą wiadomością ze łzami w oczach. Ola chce urodzić dziecko, ale jej mama z uporem powtarzała, ze jest za młoda. Dowiedziałyśmy się, że tutaj 75% małżeństw kończy się rozwodem, że wiele młodych kobiet wychodzi za maż tylko po to, by mieć dziecko. Czułyśmy jej ból i smutek. Modliłyśmy się z nimi wszystkimi, a ksiądz pobłogosławił dziecko w łonie tej młodej dziewczyny. My także pobłogosławiłyśmy każdego z osobna, nie wyłączając Władimira. Kiedy opuszczałyśmy to mieszkanie, stwierdziłyśmy ze smutkiem, że prawdopodobnie następne spotkanie z nimi będzie miało miejsce dopiero w niebie, kiedy wszystko będzie już jasne, a problemy rozwiązane i dla nas i dla nich.

Kiedyś zaprosiłyśmy do naszego domu na Liturgię Słowa dwoje naszych katolickich przyjaciół – Alberta i Olgę, rodzeństwo, które stanowi filar parafii św. Teresy. Opatrznościowo Słowo Boże tego dnia było z Ewangelii św. Łukasza 6,43-49 i mówiło o budowie domu. Dzieliliśmy się, jak ważne jest, by budować dobrze, mieć solidne fundamenty i oprzeć swoje życie na skale – Jezusie Chrystusie. Po dzieleniu się Słowem, zasiedliśmy do wspólnego posiłku i słuchałyśmy historii nawrócenia naszych gości. Obydwoje byli ochrzczeni w Kościele prawosławnym, chcieli jednak czegoś więcej. Znaleźli to „więcej” w Kościele katolickim. Mówili, że ich poszukiwania tego „więcej”, ich droga do wiary wciąż trwa.

IMG_1870 IMG_1872 IMG_1721

Okazji do ewangelizacji nie musiałyśmy szukać w żadnym momencie naszego pobytu na Kamczatce. Okazje znajdowały nas same. Najszybciej zaprzyjaźniłyśmy się z dziećmi z sąsiedztwa. Zaczęło się od cukierków i gum do żucia, które im ofiarowałyśmy. Kiedykolwiek nas widziały, biegły z daleka, by nas pozdrowić i oczywiście dostać cukierek. Kontaktów z dziećmi miałyśmy więcej. Na przykład tradycją tutejszej parafii stało się święcenie szkolnych podręczników w pierwszą niedzielę września. Tego dnia my również, ku radości dzieci, przyniosłyśmy do poświęcenia nasze rosyjskie książki. Po Mszy świętej ksiądz przygotował ognisko, kiełbaski, chleb, ser i rybę dla wszystkich chętnych z naszego sąsiedztwa. Wielu ludzi zgromadziło się przy ognisku, by doświadczyć wspólnoty i radości wspólnego posiłku. Naszym pragnieniem było zaprosić ich do udziału we Mszy świętej, byłyśmy jednak świadome, że nie możemy narzucać im naszych przekonań i wartości. Próbowałyśmy odpowiadać na znaki czasu: naszym zadaniem było spotkać tych ludzi tam, gdzie oni aktualnie się znajdują. Przy ognisku śpiewałyśmy i jadłyśmy razem z nimi. Niektóre z dzieci chciały nauczyć się grać na gitarze, dałyśmy im więc szansę podpatrzenia tej sztuki podczas śpiewu polskich i angielskich piosenek. Wszystko trwało bardzo długo – najwyraźniej wszyscy świetnie się tam czuli. Ognisko zakończyliśmy bardzo późnym wieczorem – w tej parafii to normalne: życie wspólnoty zaczyna się po wieczornej Mszy i Adoracji Najświętszego Sakramentu o godzinie 19.00.

IMG_1221 IMG_1219 IMG_1216 IMG_1215

10. Wizyta w szpitalu

Otrzymałyśmy zaproszenie do odwiedzin w pobliskim szpitalu. Dwie pielęgniarki oddziałowe, z którymi spotkałyśmy się, były bardzo zadowolone z tego spotkania. Obydwie są odpowiedzialne za opiekę nad starszymi pacjentami, więc ucieszyły się, że chcemy ich odwiedzić. Powiedziały nam, że pacjenci czują się osamotnieni i potrzebują kogoś, kto wysłucha ich opowiadań i wspomnień. Pielęgniarki chciały załatwić nam spotkanie z dyrektorem naczelnym szpitala. Wkrótce po tym jak wyszłyśmy otrzymałyśmy telefon, że dyrektor może nas przyjąć. Podczas spotkania jednak dyrektor powiedział nam, że nasza posługa nie jest potrzebna i że ich program opieki sprawdza się bardzo dobrze. Byłyśmy zaskoczone, gdyż wydawało się, że pielęgniarki chciały, abyśmy odwiedziły chorych. Będąc tutaj nauczyłyśmy się, że ludzie często myślą, że nawracamy innych na naszą wiarę. Trudno im uwierzyć, że można oferować zwłaszcza posługę charytatywną za darmo. Nie poddałyśmy się jednak całkiem. Przed wyjściem zauważyłyśmy ogłoszenie na drzwiach, że szpital potrzebuje cebul, czosnku, cytryn i miodu. Są to składniki leków na przeziębienie. Zamierzamy zakupić je i osobiście dostarczyć do szpitala.

Pewnego dnia, odpowiadając na ogłoszenie pracowników, przyniosłyśmy do miejscowego szpitala 5 kg czosnku, cytryny, cebuli i miodu – wszystkie składniki potrzebne do zrobienia domowego lekarstwa na przeziębienie. W biedzie, w której żyją ludzie na Kamczatce, każdy sposób leczenia jest na wagę złota. W szpitalu byłyśmy pytane, z jakiej jesteśmy organizacji. Wytłumaczyłyśmy, że jesteśmy katolickimi siostrami zakonnymi i ponieważ wiedziałyśmy, że szpital potrzebuje tych produktów na zrobienie lekarstwa, więc je przyniosłyśmy. Zdziwione pielęgniarki były nam bardzo wdzięczne. Oprowadziły nas po oddziałach dla osób starszych. To była ważna misja odwiedzić tych często samotnych, schorowanych ludzi i podzielić się z nimi naszą felicjańską radością.  Pewnego dnia na przystanku autobusowym podszedł do nas mężczyzna, by zapytać kim jesteśmy. Chciał nam dać ofiarę na Kościół, a dla nas był to kolejny mały znak, jak Pan sam działa w tych ludziach, używając naszej obecności.

IMG_1746 IMG_1748 IMG_1752 IMG_1753 IMG_1755

11. Odwiedziny chorych w domach

Poznawałyśmy młodych, poznawałyśmy też staruszków. Wiele pokoleń, wiele problemów. Babcia Agnessa to 80-letnia staruszka, pochodząca z dawnych terenów Polski obecnie należących do Ukrainy. Miałyśmy okazję odwiedzić ją w domu, gdzie ksiądz Krzysztof i ksiądz Marcin sprawowali Eucharystię. Ksiądz Krzysztof odwiedza Agnessę raz w miesiącu i odprawia dla niej Mszę świętą. Po powitaniu babcia z księdzem udała się do kuchni na spowiedź. W tym czasie my przygotowałyśmy wszystko na Mszę świętą. Kiedy zapaliłyśmy świece i skupiłyśmy się przed przyjęciem Słowa i Chleba Eucharystycznego, mogłyśmy odczuć głęboko naszą jedność w Panu Jezusie Chrystusie. Po Mszy świętej odmówiliśmy wspólnie dziesiątkę różańca. Dałyśmy Babci Agnessie różaniec poświęcony przez papieża Benedykta XVI i przy okazji zorientowałyśmy się, że Babcia nie wie, jak tę modlitwę odmawiać. Siostra Inga wzięła więc jej stare, zniszczone dłonie i przesuwała z nią paciorki przy każdej „Zdrowaś Maryjo”. Podarowałyśmy jej również broszurkę w języku rosyjskim o modlitwie różańcowej i jej tajemnicach. Była to piękna katecheza o różańcu. Ksiądz Krzysztof zachęcił ją, by opowiedziała nam historię swego życia. Siedząc przy stole w jej małej kuchni i zajadając domowego wypieku blincziki, słuchałyśmy historii jej długiego życia.

IMG_1879 IMG_1881 IMG_1882 IMG_1884

IMG_1889 IMG_1890 IMG_1885 IMG_1886

Kiedy babcia była małą dziewczynką, ona, jej brat i siostra, i jej rodzina musieli opuścić Ukrainę i wyjechać na Syberię. Podróżowali pociągiem, a czasem kilometrami szli pieszo. Wszystko, co posiadali, mieściło się na taczce. Często noc spędzali pod schodami napotkanych budynków, a zimy syberyjskie są bardzo srogie i ciężkie. Agnessa ze łzami opowiadała, jak trudne było ich życie i jak bardzo byli biedni. Musieli pracować wiele godzin za bochenek chleba i kilka ziemniaków. W tym wszystkim jej matka zachowała wiarę. Pracowała bardzo ciężko i codziennie modliła się za swoją rodzinę. Agnessa pamiętała, jak musiała sama zostawać przez cały dzień, podczas gdy bliscy pracowali. Mimo zmęczenia po całym dniu pracy, matka zawsze wieczorem się modliła. To przykładowi matki i jej głębokiej pobożności Babcia Agnessa zawdzięcza swoją wiarę. Gdy miała 15 lat, rozpoczęła pracę przy budowie torów kolejowych. Pamiętała dobrze dźwiganie taczek wypełnionych cementem. Mąż Babci Agnessy pochodził z Kamczatki, więc po ślubie przyjechali tutaj mieszkać. Mieli jedną córkę, która wyjechała na studia do Chabarowska. Ich córka musiała mieć specjalne pozwolenie na wjazd z Kamczatki, która w czasach sowieckich była rejonem wojskowym, z tajnymi bazami, i przez to zamkniętym (do roku 1991) nawet dla Rosjan i pilnie strzeżonym. Córka musiał mieć więc pozwolenie również na każdorazowe odwiedziny u rodziców. Nie tylko ludziom władze robiły w tamtych czasach trudności w swobodnym podróżowaniu. Do roku 1991 ludzie musieli żyć tylko z tego, co można było wyhodować lub uprawiać tutaj, na tej zimnej i skalistej ziemi kamczackiej. Przeważnie były to tylko ryby i ziemniaki. Obecnie owoce i warzywa mogą już być przywożone na Kamczatkę z Rosji i z innych państw. Dziś córka Babci Agnessy jest mężatką i sama również ma córkę. Babcię odwiedza tylko od czasu do czasu – bilety na samolot są w Rosji bardzo drogie. Historia Babci bardzo nas poruszyła. Mimo tylu trudności i takiej biedy, zachowała ona wiele pogody ducha i żywą wiarę przez tyle lat bez księdza i dostępu do sakramentów! Dzisiaj – jak twierdzi – jest prawdziwe szczęśliwą kobietą.

12. Rdzenni mieszkańcy Kamczatki

Pewnej niedzieli Ksiądz wziął nas ze sobą do Saszy. Sasza jest młodym żonatym mężczyzną, ojcem trzymiesięcznej córeczki. Zajmuje się hodowlą huskie – psów używanych do ciągnięcia sań, również w zawodach sportowych. Odwiedziłyśmy jego hodowlę. Sasza był bardzo dumny ze swoich psów i uprawianego sportu. W przeszłości sanie ciągnięte przez psy były jedynym dostępnym środkiem transportu. Jedna z nas została nawet przewieziona na prowizorycznych saniach z kołami, niestety sanie ‘złapały gumę’ i podroż musiała dobiec końca wcześniej niż zaplanowano. Przy kolejnych odwiedzinach Saszy poznałyśmy jego żonę Nataszę i ich córeczkę. Natasza pracuje w Międzynarodowej Bibliotece i mówi płynnie po angielsku. Było to dla nas interesujące zobaczyć, jak ludzie tutaj żyją i jak wychowują swoje dzieci. Sasza i Natasza urodzili się w wierze prawosławnej, lecz swoją córeczkę, Rozalię, chcą ochrzcić w Kościele katolickim.

IMG_1027 IMG_1034 IMG_1044 IMG_1052 IMG_1069 IMG_1092

IMG_1133 IMG_1137 IMG_1211

Ostatni nasz dzień na Kamczatce był wypełniony po brzegi: sprzątałyśmy, pakowałyśmy się, poszłyśmy ostatni raz na targ do naszych znajomych i przyjmowałyśmy odwiedziny ludzi poznanych w ciągu tego miesiąca. Po południu udało nam się znaleźć trochę czasu, by odwiedzić rodowitego Kariaka, który utrzymywał się z rzeźbiarstwa w drewnie. Sergio pochodzi z malej wioski położonej w Tajdze, 1000 km od Pietropawłowska. Przybył tutaj w poszukiwaniu pracy, by utrzymać swoją rodzinę. Kiedy pierwszy raz tu przyjechał, został napadnięty i pobity. Nieprzytomnego bandyci porzucili w pobliżu prawosławnego krzyża na obrzeżach miasta. Przechodzący tamtędy jakiś Dobry Samarytanin odnalazł go i przyniósł do szpitala. Sergio wierzy, że został cudownie uratowany. Na Kamczatce jest ze swoim synem, który zajmuje się budową drewnianego domu dla nich na zimę. Dom jest malutki – jakieś 4 metry na 3. Żona Sergia i dwoje pozostałych dzieci mieszkają daleko w tajdze. W dodatku żona jest  alkoholiczką i jest to powodem wielkiego cierpienia dla Sergia, który robi, co może, by utrzymać rodzinę. Jego rzeźby są piękne. Opowiadają historię mieszkańców tajgi, a powstały z drewna z okolicznych drzew i rogów zwierząt. Sergio to bardzo skromny człowiek: twierdził, że każdy w jego wiosce potrafi tak rzeźbić, a sztuki tej uczy się tam już od dzieciństwa. Mieszkańcy jego wsi byli niepiśmienni, więc jeśli chcieli coś utrwalić „na piśmie”, używali obrazów wyrzeźbionych w tym, czego wokół mieli pod dostatkiem. Sergio zwrócił uwagę na nasze drewniane felicjańskie krzyżyki i podziwiał ich staranne wykonanie. By wspomóc jego i jego rodzinę, kupiłyśmy od niego kilka rzeźb.

IMG_1919 IMG_1921 IMG_1922 IMG_1931 IMG_1932

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s